|
"Nieokreślona płeć" czy ambiwalencja
medycyny?
Alice Domurat Dreger, /opracował Krzysztof Sobczyński/
"Analiza etycznych aspektów leczenia interseksualizmu. Operowanie
ludzi bez ich świadomej - z prawnego i etycznego punktu widzenia
- zgody jest obecnie powszechną praktyką w przypadku interseksualistów."
Copyright The Hastings Center maj/czerwiec 1998
Co sprawia, że mamy płeć "żeńską" lub "męską",
jesteśmy "kobietami" lub "mężczyznami", "dziewczynkami"
lub "chłopcami" - nasze chromosomy, nasze genitalia, sposób,
w jaki zostaliśmy wychowani czy może wszystko to naraz? Jeśli nie
da się jednoznacznie stwierdzić płci nowo narodzonego dziecka, lekarze
i rodzice starają się najpierw "ujednoznacznić" sytuację:
przypisać noworodkowi płeć męską lub żeńską, chirurgicznie dopasować
genitalia dziecka do wyglądu właściwego dla tej płci, a także zastosować
inne metody leczenia (np. hormony) w celu wzmocnienia cech wybranej
płci. Warto jednak poświęcić większą niż zwykle uwagę założeniom,
na których opierają się wysiłki mające na celu "normalizację"
osób interseksualnych, oraz etyce "leczenia" interseksualizmu.
Interseksualizm (wrodzone zaburzenia różnicowania narządów płciowych)
i "odtwórcza" chirurgia genitaliów cieszą się obecnie
pewnym zainteresowaniem opinii publicznej, zapewne w związku z pewnymi
głośnymi wydarzeniami ostatnich lat. Chyba najbardziej sensacyjnym
z tych wydarzeń była niedawna publikacja niespodziewanych długofalowych
efektów klasycznego i dobrze znanego przypadku "Johna/Joan".
"John" i jego brat-bliźniak urodzili się z prawidłowym
kariotypem męskim XY. Jednak gdy "John" miał osiem miesięcy,
lekarz przypadkowo obciął mu penisa w trakcie zabiegu obrzezania.
Po konsultacji z zespołem internistów i seksuologów w Johns Hopkins
Hospital (ok. 1963 r.) postanowiono, aby Johna, który tak nieszczęśliwie
utracił penisa, poddać zabiegom medycznym i wychować jako dziewczynkę
- "Joan". Chirurdzy usunęli zatem dziecku jądra i poddali
Joan dalszym zabiegom chirurgicznym i hormonalnym, aby nadać jej
anatomii wygląd właściwy dziewczynce. Zaangażowano także zespół
specjalistów, którzy pomagali Joan i jej rodzinie zaakceptować jej
kobiecą płeć, udzielając pomocy psychologicznej. Uważano, że chociaż
Joan i jej rodzina będą potrzebowali pomocy, aby przyzwyczaić się
do nowej płci, to pełna (lub prawie pełna) przemiana jest możliwa
do osiągnięcia.
Ten rzekomy sukces szczególnego przypadku zmiany płci był przez
dziesięciolecia przywoływany m.in. przez seksuologa Johna Moneya
jako dowód, że lekarze są właściwie w stanie wykreować płeć dowolnego
dziecka, o ile tylko wystarczająco wcześnie przeprowadzą zabiegi
plastyczne. Money i inni stale powtarzali, że jedynym warunkiem,
aby z dowolnego chłopca zrobić dziewczynkę i na odwrót, jest "właściwy"
wygląd genitaliów i ogólna zgoda co do płci przypisanej dziecku.
Milton Diamond i Keith Sigmundson tak pokrótce podsumowali postulaty
tej teorii:
"(1) każde dziecko w momencie narodzin jest psychoseksualnie
neutralne, a (2) zdrowy rozwój psychoseksualny jest uzależniony
od wyglądu jego genitaliów". Przypadek Johna/Joan, w którym
nie było mowy o wrodzonym hermafrodytyzmie, był przez wielu lekarzy
specjalizujących się w tej kwestii podawany jako dowód, że takie
same postulaty należy przyjąć w przypadku interseksualizmu. Wydawało
się, że kluczem jest chirurgiczne ukształtowanie "nie budzących
wątpliwości" narządów płciowych i zapewnianie otoczenia, że
dziecko jest "naprawdę" tej płci, którą mu przypisano.
Dopiero po pewnym czasie okazało się, jak bardzo mylili się lekarze,
przypisując sobie sukces w przypadku Johna/Joan.
Diamond i Sigmundson przeprowadzili niedawno wywiad z samą osobą
zainteresowaną i okazało się, że w rzeczywistości Joan zdecydowała
się w wieku 14 lat, aby żyć dalej jako mężczyzna. John jest obecnie
dorosły, ożenił się i poprzez adopcję został ojcem dzieci swojej
żony. John i jego matka twierdzą, że w latach, gdy był Joan, nigdy
w pełni nie zaakceptował swojej kobiecej płci. Joan starała się
nawet aktywnie przeciwstawić niektórym zabiegom feminizacyjnym,
np. gdy w wieku 12 lat przepisano jej estrogeny, ukradkiem wyrzucała
je do śmieci. W wieku 14 lat Joan czuła się tak nieszczęśliwa, że
wreszcie zapytała ojca o swoją przeszłość, a gdy usłyszała prawdę,
"Nagle wszystko zaskoczyło. Po raz pierwszy moje życie nabrało
sensu i zrozumiałem kim i czym byłem". W wieku 14 lat John
na własne życzenie został poddany mastektomii, a przez następne
dwa lata przeszedł kilka operacji chirurgii plastycznej, aby jego
genitalia upodobnić do męskich.
Diamond i Sigmundson zainteresowali się tymi nowymi informacjami
przede wszystkim dlatego, aby stwierdzić, że "dowody wydają
się przekonywać, że istoty ludzkie w momencie narodzin nie są wcale
psychospołecznie neutralne, lecz już jako ssaki są predysponowane
i obciążone, aby reagować na bodźce otoczenia, a także bodźce rodzinne
i społeczne w sposób kobiecy lub męski". Inaczej mówiąc, natura
seksualna nie jest tylko kwestią biologii, którą można dowolnie
naginać.
W swojej relacji Diamond i Sigmundson nie omieszkali również skomentować
problemu braku długofalowej obserwacji tego typu przypadków. Równie
zastanawiający jest brak analizy etycznej tego typu przypadków,
zwłaszcza jeśli dotyczy to leczenia interseksualizmu - zjawiska
które występuje o kilka rzędów wielkości częściej niż traumatyczna
utrata penisa. O ile dyskutuje się niekiedy o etycznych aspektach
okłamywania osób interseksualnych (patrz dalej), to ich leczenie
nie doczekało się większego zainteresowania etyków. W literaturze
trudno jest znaleźć jakiekolwiek omówienie kwestii etycznych "normalizacji"
dzieci o rzekomo "odrażającej" anatomii. Milczenie to
bierze się zapewne z założenia, że procedury "normalizacji"
są o tyle niezbędne, co korzystne oraz że nie są związane z żadnymi
dylematami. Założenie to jest kwestionowane w niniejszym artykule.
Ma to skłonić zainteresowane strony do dokładniejszego przemyślenia,
tym razem z etycznego punktu widzenia, dominujących strategii leczenia
dzieci i dorosłych z zaburzeniami różnicowania narządów płciowych.
Częstotliwość interseksualizmu
Moim zdaniem brak zainteresowania etyków kwestią leczenia interseksualizmu
bierze się nie tylko z założenia, że chirurgiczna "normalizacja"
jest niezbędna, lecz także z faktu, że większość ludzi sądzi, że
to zjawisko jest niezwykle rzadkie. A nie jest. Jak często występuje?
Odpowiedź zależy oczywiście od tego, jaką definicję interseksualizmu
przyjmiemy. Ogólnie rzecz biorąc, interseksualizm to szereg anomalii
anatomicznych polegających na występowaniu u tej samej osoby zasadniczych
cech anatomii męskiej i kobiecej. W ten sposób szybko jednak natykamy
się na problem ze zdefiniowaniem tych "zasadniczych" lub
"istotnych" cech, którymi różni się męska i kobieca anatomia.
Jakiekolwiek bliższe badanie anatomii narządów płciowych pozbawia
bowiem wiary, że istnieje prosty, "naturalny" wyznacznik
płci, który nie okaże się bezsilny wobec pewnych wątpliwości anatomicznych,
behawioralnych lub filozoficznych.
Zastąpienie terminu interseksualizm terminem obojnacze narządy płciowe,
nie ułatwi nam wcale określenia częstotliwości występowania, ponieważ
i tak nie wiemy, co powinno się liczyć jako obojnacze. Inaczej mówiąc,
jak mały musi być penis dziecka, żeby się zaliczał do obojnaczych
narządów płciowych? Dla naszych potrzeb najprościej będzie odpowiedzieć
na pytanie o częstotliwość w sposób pragmatyczny: Jak często zdarza
się, że w momencie narodzin dziecka lekarze nie są pewni jego płci?
W 1993 r. w pewnym tekście ginekologicznym oszacowano, że u około
1 na 500 noworodków wygląd narządów zewnętrznych nie pozwala jednoznacznie
określić płci. Bardziej jednak przekonują mnie nowsze, lepiej udokumentowane
artykuły, w których szacuje się, że liczba ta wynosi około 1 na
1500 żywych urodzin.
Zjawisko stanie się jednak znacznie częstsze, jeśli doliczymy do
tego wszystkie dzieci, które rodzą się z narządami płciowymi o "niedopuszczalnym"
- zdaniem niektórych lekarzy - wyglądzie. Wiele dziewczynek, które
z technicznego punktu widzenia nie są wcale interseksualne, rodzi
się z dużą łechtaczką, a wielu podobnie wcale nie interseksualnych
chłopców rodzi się z mikropenisem i z ujściem cewki moczowej znajdującym
się gdzie indziej niż na czubku prącia.
Tło historyczne
Podchodzę do tego tematu jako historyk i filozof nauki. Początkowo
chciałam się dowiedzieć, jak brytyjscy i francuscy medycy i naukowcy
traktowali ludzki hermafrodytyzm pod koniec XIX wieku. Koniec XIX
wieku to przecież okres, kiedy rzekoma naturalność przyjętego w
Europie podziału ról społecznych płci została poważnie zagrożona
przez ruchy feministyczne, homoseksualistów oraz relacje antropologiczne
o odmiennych rolach seksualnych w innych kulturach. Chciałam się
dowiedzieć, co w tych politycznie burzliwych czasach biomedycyna
robiła z osobami, które nieumyślnie kwestionowały anatomiczny podział
na płcie.
Okazało się, że biomedycyna starała się ze wszystkich sił umacniać
podziały między męskością a kobiecością. Eksperci skupili się szczególnie
na tkance jajnikowej i jądrowej, postanawiając, że to ona będzie
decydować o tożsamości płciowej. W ten sposób większość ludzi zakwalifikowano
zgodnie z "prawdziwą płcią" do jednego z dwóch dużych,
"politycznie poprawnych" zbiorów i to niezależnie od jakichkolwiek
anomalii w budowie pozostałych narządów płciowych. U osobników posiadających
tkankę jądrową i "obojnacze" narządy stwierdzano "obojnactwo
rzekome męskie", czyli zaliczano ich do "prawdziwych"
mężczyzn. U osobników posiadających tkankę jajnikową i "obojnacze"
narządy stwierdzano "obojnactwo rzekome żeńskie", czyli
zaliczano ich do "prawdziwych" kobiet.
Przez zrównanie tożsamości płciowej z rodzajem gruczołów niemal
każde ciało można było sklasyfikować jako "męskie" lub
"kobiece" pomimo narastającej liczby wątpliwych przypadków.
Ponadto, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wiktoriańscy medycy uznawali
tylko histologiczne potwierdzenie istnienia tkanki jądrowej i jajnikowej
za dowód prawdziwego hermafrodytyzmu, a biopsje gonad zaczęto robić
dopiero po 1910 r., to jedynymi prawdziwymi hermafrodytami okazywali
się zmarli, których poddano autopsji.
Podejście to odeszło jednak do lamusa wraz z rozwojem techniki medycznej
w latach I wojny światowej - zwłaszcza w zakresie biopsji i laparotomii.
Stało się wtedy możliwe (a przy obowiązujących regułach także konieczne)
określenie na podstawie wyników biopsji niektórych żyjących ludzi
jako "prawdziwych" hermafrodytów, co ponownie wzbudziło
niepokój lekarzy, ponieważ nikt nie wiedział, co z nimi zrobić.
W porządku społecznym ani prawnym nie było miejsca dla prawdziwych
hermafrodytów. Co więcej, lekarze natykali się na coraz więcej przypadków
zdecydowanie kobiecych - z wyglądu i zachowania - kobiet, u których
po dokładnej analizie stwierdzano jądra, a nie jajniki. Były to
przypadki anomalii, którą obecnie nazywamy syndromem niewrażliwości
na androgeny (ang. AIS) lub zespołem feminizujących jąder. Obecnie
wiemy, że osoby z AIS (około 1/60 000) mają zestaw chromosomów XY
("męski") i jądra, ale ich receptory dla androgenów nie
rozpoznają maskulinizujących hormonów wytwarzanych przez ich jądra.
W związku z tym ich ciała w fazie płodowej i przez całe życie rozwijają
się według pozornie "kobiecego" wzoru. AIS często pozostaje
nierozpoznany aż do okresu dojrzewania. Dopiero wtedy dziewczęta,
nie mając miesiączki, poddają się badaniom ginekologicznym, które
wykazują AIS. Kobiety z AIS wyglądają i czują się tak samo jak "typowe"
kobiety, a także są nimi pod względem praktycznym, społecznym i
prawnym, niezależnie od tego, że urodziły się z jądrami i chromosomami
XY.
W latach 1910-1920 lekarze zajmujący się interseksualizmem uświadomili
sobie, że zaliczenie tych kobiet do płci męskiej (ponieważ mają
jądra) lub przyznanie, że na świecie żyją "prawdziwi hermafrodyci"
(z uwagi na to, że ich gonady zawierają zarówno struktury jądrowe,
jak i jajnikowe) doprowadziłoby tylko do chaosu społecznego. W rezultacie
lekarze w praktyce porzucili ścisłe trzymanie się "prawdziwej
płci" gonadalnej na rzecz bardziej pragmatycznej koncepcji
"płci wybranej" i zaczęli się koncentrować na "odtwarzaniu"
właściwej płci. Opracowano wtedy zabiegi chirurgiczne i terapie
hormonalne "normalizujące" narządy płciowe, które miały
sprawić, aby ich wygląd był "typowy" dla płci wybranej
przez lekarza.
Dominujące strategie leczenia
Podejście medycyny końca XX wieku do interseksualizmu zostało zatem
oparte na ściśle anatomicznej psychospołecznej teorii tożsamości
płci. Przyjęta współcześnie teoria - sformułowana i rozpowszechniana
przede wszystkim w pracach Johna Moneya i ciesząca się poparciem
Amerykańskiej Akadamii Pediatrii - utrzymuje, że tożsamość płciowa
ma podłoże przede wszystkim psychospołeczne (wychowanie), a nie
wynika bezpośrednio z biologii (genów); że w życiu każdego dziecka
tożsamość płciowa musi zostać określona bardzo wcześnie, aby mogła
się następnie rozwijać prawidłowo i jednotorowo; że anatomia dziecka
musi już od bardzo młodego wieku odpowiadać standardowej anatomii
jego płci; oraz że warunkiem psychospołecznego uformowania tożsamości
płciowej u chłopców jest posiadanie "odpowiedniego" penisa
i brak pochwy, a u dziewczynek - posiadanie pochwy i brak widocznego
fallusa.
Jak wynika z tej teorii, przestrzeganie tych reguł jest konieczne,
aby interseksualne dzieci osiągnęły prawidłową kondycję psychospołeczną
odpowiednią dla płci, do której zostały przypisane, czyli aby zachowywały
się tak, jak "przystoi" dziewczynkom, chłopcom, mężczyznom
i kobietom. Teoria ta przez implikację przyjmuje również, że istnieją
określone dopuszczalne i niedopuszczalne role dla chłopców, dziewczynek,
mężczyzn i kobiet oraz, że ta teoria pozwoli osiągać prawidłową
kondycję psychospołeczną, a przynajmniej wykaże się w tej kwestii
o wiele większą skutecznością niż dowolne inne podejście.
Wielu rodzicom, zwłaszcza nie znającym się na rozwoju płciowym,
przeszkadza, że ich dziecko ma interseksualne genitalia i chętnie
przyjmuje propozycję "normalizujących" zabiegów medycznych.
Wielu także aktywnie szuka porady w kwestiach określania płci i
praktyk wychowawczych. Dlatego obecnie w Stanach Zjednoczonych zazwyczaj
po rozpoznaniu obojnaczego - interseksualnego dziecka zbiera się
natychmiast zespół specjalistów (genetyków, pediatrów-endokrynologów,
pediatrów-urologów itp.), którzy decydują, jaką płeć otrzyma dane
dziecko. Wytworzenie i utrzymanie wybranej płci w formie budzącej
jak najmniejsze wątpliwości wymaga zastosowania całej gamy technik,
m.in. operowania genitaliów, a później czasami także innych "anomalii"
cielesnych, jak np. piersi u mężczyzny; monitorowania hormonów i
dawkowania ich tak, aby uzyskać "koktajl" rozwijający
cechy płci wybranej, a nie przeciwnej (i nie zagrażający metabolizmowi),
a także zaszczepiania rodzinie i otoczeniu dziecka przekonania,
że jest ono faktycznie wybranej płci, w celu psychospołecznego wychowania
go w sposób zgodny z normami tej właśnie płci. Lekarze zazwyczaj
biorą na siebie dwa pierwsze rodzaje działań i mają nadzieję, że
rodzina i otoczenie dziecka poradzą sobie z najbardziej krytycznym
trzecim.
Lekarze zajmujący się interseksualizmem martwią się, że jakiekolwiek
wahanie w kwestii tożsamości seksualnej dziecka ze strony jego najbliższych
przeniesie się na dziecko i spowoduje olbrzymie problemy psychologiczne,
włącznie z ewentualnymi stanami dysforii w wieku dojrzewania i wieku
dorosłym. Chcąc zapobiec jakimkolwiek wątpliwościom dotyczącym tożsamości
seksualnej dziecka lub je przerwać, lekarze starają się zadbać o
to, aby w przypadku interseksualizmu płeć została ostatecznie ustalona
przez lekarza-specjalistę w ciągu 48 godzin od narodzin. Ten sam
cel przyświeca lekarzom, którzy nalegają na to, aby wmówić rodzicom
interseksualnych noworodków, że ich dziecko ma wprawdzie płeć męską
lub kobiecą, ale nie jest ona jeszcze "do końca" rozwinięta
i lekarze błyskawicznie ustalą "właściwą" płeć, aby własnoręcznie
"dokończyć" rozwój płciowy. Jak stwierdza socjolog Suzanne
Kessler w swojej przełomowej analizie socjologicznej aktualnego
stanu leczenia interseksualizmu, "rodziców tych przekonuje
się, że kłopot polega na właściwym ustaleniu płci przez lekarza,
a nie płci dziecka jako takiej". Mówiąc o przypadkach interseksualizmu,
Ellen Hyun-Ju Lee wskazuje, że "lekarze powołują się na naturalną
płeć - męską lub kobiecą - chociaż w rzeczywistości sami ją tworzą".
Wskutek powszechnej akceptacji dla ściśle anatomicznej psychospołecznej
teorii leczenia większość specjalistów w przypadkach interseksualizmu
stosuje obecnie w praktyce następujące reguły: dzieci z kariotypem
męskim (chromosomem Y) muszą mieć "odpowiedniego" penisa,
aby zostali zakwalifikowani jako chłopcy. Jeśli zostanie uznane,
że fallus dziecka z kariotypem męskim jest "odpowiedniej"
długości, chirurdzy mogą mu go zoperować, czasami kilkakrotnie,
aby jego penis wyglądał bardziej "normalnie". Jeśli zostanie
stwierdzone, że wygląd penisa jest "nieodpowiedni" jak
na przyszłego mężczyznę, dziecku przypisuje się płeć kobiecą i zmienia
chirurgicznie wygląd jego genitaliów na żeński (stąd zamiana Johna
na Joan). Interseksualnemu dziecku, którego płeć określono jako
żeńską, chirurdzy mogą "wykroić łechtaczkę z fallusa"
(starając się przede wszystkim, aby fallus był niewidoczny w pozycji
stojącej), "utworzyć pochwę z kawałka okrężnicy" lub innych
części ciała, "uformować wargi sromowe z tego, co zostało po
penisie", usunąć jądra itd.
Tymczasem dzieci z kariotypem żeńskim (tzn. bez chromosomu Y), nawet
jeśli urodzą się z obojnaczymi narządami płciowymi, określa się
jako dziewczynki niezależnie od tego, jak bardzo zmaskulinizowany
jest wygląd ich genitaliów. Robi się to przede wszystkim z myślą
o ocaleniu potencjalnych kobiecych zdolności reprodukcyjnych dziecka
i dopasowaniu jego wyglądu anatomicznego i fizjologii do tej roli
reprodukcyjnej. U dzieci tych odtwarza się zatem kobiecy wygląd,
posługując się generalnie tymi samymi technikami, które stosuje
się na dzieciach o kariotypie męskim, którym przypisano rolę kobiecą.
Chirurdzy zmniejszają "przerośniętą" łechtaczkę, aby nie
wyglądała "męsko". W razie potrzeby tworzy się lub przedłuża
pochwę, aby była na tyle duża, żeby zmieścił się w niej średniej
wielkości penis. Jeśli wargi sromowe są zrośnięte, to się je rozdziela.
Istnieje też cały szereg innych zabiegów chirurgicznych i hormonalnych
wykonywanych, aby dziecko wyrosło na niebudzącą wątpliwości oraz
- najlepiej - płodną dziewczynkę.
Jakie są granice dopuszczalności długości fallusa? Łechtaczkę, czyli
po prostu fallusa u dzieci, którym wybrano płeć żeńską, uważa się
zazwyczaj za zbyt dużą, jeśli jej długość przekracza 1 cm. Pediatrzy-chirurdzy
wyspecjalizowani w leczeniu interseksualizmu uważają "przerośniętą"
łechtaczkę u dziewcząt za "odrażającą", więc chirurgicznie
ją pomniejszają, aby organy wyglądały bardziej "kobieco"
i "delikatnie". Penisa, czyli po prostu fallusa u dzieci,
którym wybrano płeć męską, uważa się zazwyczaj za zbyt małego, jeśli
po rozciągnięciu nie ma nawet 2,5 cm. W rezultacie dzieciom urodzonym
z kariotypem męskim, których "penis po rozciągnięciu jest krótszy
niż 2,5 cm, zmienia się zazwyczaj płeć na żeńską".
Mniej więcej te same strategie stosuje się w przypadkach obojnactwa
"prawdziwego" (czyli dzieci urodzonych zarówno z tkanką
jądrową, jak i jajnikową). O ile pod koniec XIX wieku obojnactwo
prawdziwe stwarzało wielki problem dla ówczesnych anatomiczno-materialistycznych
metafizyków płci, to dzisiejsi lekarze uważają, że "prawdziwych
hermafrodytów" (podobnie zresztą jak "rzekomych")
można dość łatwo przerobić chirurgicznie i innymi metodami na przyzwoitych
chłopców lub przyzwoite dziewczynki.
Jednym z kłopotliwych aspektów tych strategii jest asymetria podejścia
do kobiecości i męskości. Lekarze wydają się np. o wiele usilniej
chronić potencjał reprodukcyjny dzieci urodzonych z jajnikami niż
dzieci urodzonych z jądrami. A przecież, podczas gdy u osób interseksualnych
z kariotypem męskim jądra są zazwyczaj niepłodne, to mężczyzna z
mikropenisem mógłby pewnie mieć dzieci, gdyby w dzieciństwie nie
usunięto mu jąder.
Chirurdzy zdają się także przywiązywać o wiele większą wagę do "funkcjonalności"
penisa niż pochwy. W rzeczywistości tendencja do przypisywania raczej
płci żeńskiej w przypadkach interseksualizmu opiera się nie tylko
na przekonaniu, że chłopcom potrzebny jest "odpowiedni"
penis, ale także na powszechnej wśród chirurgów opinii, że "o
ile sprawną pochwę można utworzyć w niemal każdym przypadku, to
już sprawny penis jest o wiele trudniejszy do utworzenia".
Jest to o tyle prawdą, że od penisa wymaga się bardzo dużo - zwłaszcza
z punktu widzenia urologii - a od pochwy bardzo mało. "Sprawność"
penisa zależy od tego, czy jest on na tyle duży lub mógł stać się
na tyle duży, aby nikt nie miał wątpliwości, że jest to "prawdziwy"
penis. Ponadto od "sprawnego" penisa oczekuje się na ogół,
że w odpowiednich momentach będzie ulegał erekcji lub zwiotczeniu,
a także że będzie rurką, przez którą będzie wydzielany mocz i nasienie,
także w odpowiednich momentach. Ujście cewki moczowej powinno się
znajdować na samym czubku penisa. Zazwyczaj chirurdzy chcieliby
także, żeby penisy miały naturalny kształt i kolor.
Tymczasem bardzo niewiele trzeba, aby chirurgicznie zrekonstruowana
pochwa była uznawana wśród chirurgów za "sprawną". Dla
chirurgów specjalizujących się w interseksualizmie akceptowalna
pochwa musi być po prostu dziurą na tyle dużą, aby zmieścił się
w niej penis normalnej wielkości. Nie jest pożądane, aby była zdolna
do samonawilżania, ani nawet żeby była w ogóle wrażliwa, a z pewnością
nie musi zmieniać kształtu w wyniku podniecenia seksualnego, jak
to się dzieje na ogół u kobiet. Nic dziwnego, bowiem np. na dyskusji
panelowej z chirurgami zajmującymi się interseksualizmem, gdy ktoś
zapytał - "Jak Pan definiuje udany stosunek? Ile spośród tych
dziewcząt ma np. faktycznie orgazm?" - członek zespołu odpowiedział:
"Przez udany stosunek rozumie się skuteczną penetrację pochwy".
A do tego wystarczy otwarta dziura.
Przejawia się to także w tym, że lekarze zajmujący się leczeniem
dzieci interseksualnych mówią często o ich pochwach jako o braku
czegoś, miejscu lub "dziurze", do której można coś wsadzić.
Stąd właśnie bierze się opinia, że "sprawną pochwę można utworzyć
w niemal każdym przypadku". Chirurgiczne zrobienie prostej
dziury nie przedstawia bowiem większych trudności (trudniej już
jest sprawić, aby potem nie zarosła, i chronić ją przed zakażeniami).
Lekarzowi jest zatem wygodniej podjąć decyzję o "zrobieniu"
z dziecka dziewczynki, ponieważ "nadanie rozwojowi kierunku
męskiego nastręcza nieuniknione trudności i może być podejmowane
jedynie przez bardzo doświadczonych specjalistów", którzy są
w stanie stwierdzić, czy w przyszłości penis będzie wystarczająco
"efektywny".
Ścisłe traktowanie "normalnej" anatomii organów płciowych
i "normalnych" zachowań seksualnych, które leży u podstaw
dominujących strategii leczenia, ma pewne cechy seksizmu w asymetrycznym
traktowaniu potencjału reprodukcyjnego i definicjach sprawności
anatomicznej. Ponadto, jak zauważyła Lee, a także inni krytycy obowiązującego
podejścia do interseksualizmu, "decyzja o wyborze płci i późniejsze
zabiegi chirurgicznie są nierozerwalnie związane ze wzorcem heteroseksualnym,
który nie dopuszcza odmiennych praktyk ani postaw seksualnych. Bogaty
przecież - nawet w obrębie heteroseksualizmu - wachlarz praktyk
seksualnych został zredukowany do penetracji pochwy". Nic dziwnego,
że feministki i interseksualiści niezmiennie sprzeciwiają się założeniom,
że istnieje "właściwy" sposób bycia mężczyzną i "właściwy"
sposób bycia kobietą, a dzieci, które wychodzą poza te kategorie,
należy tak sprostować, aby do nich pasowały.
Oprócz ważnego (i zbyt często lekceważonego) filozoficzno-politycznego
aspektu ról płciowych, istnieje bowiem również ważniejszy aspekt
praktyczny: na jakiej podstawie ktoś decyduje, gdzie leżą granice
dopuszczalnych zaburzeń w budowie anatomicznej? W praktyce bowiem
poszczególni lekarze przyjmują różne definicje "normalnych"
genitaliów. Przynajmniej jeden lekarz np. wyznaczył minimalną długość
"dopuszczalnego" prącia na 1,5 cm.
W dodatku jest przynajmniej dwóch lekarzy, którzy są przekonani
(i mogą to poprzeć dowodami), że żaden penis nie jest za mały, aby
przypisać dziecku płeć męską, jeśli tylko pozostałe warunki są spełnione.
Prawie dziesięć lat temu Justine Schober (wcześniej Reilly), pediatra-urolog
pracująca obecnie w Hamot Medical Center w Erie w stanie Pensylwania,
oraz Christopher Woodhouse, lekarz z Instytutu Urologii w londyńskim
St. George's Hospital "przesłuchali i przebadali 20 pacjentów,
u których w dzieciństwie zdiagnozowano początkowo mikropenisa"
i którzy zostali określeni i wychowani jako chłopcy. Spośród badanych
po okresie dojrzewania (dorosłych) "wszyscy pacjenci byli heteroseksualni
i mieli erekcje oraz orgazmy. 11 pacjentów miało wytrysk, 9 relacjonowało
aktywne życie seksualne włącznie z penetracją pochwy, 7 było żonatych
lub żyło w stałym związku, a 1 spłodził dziecko".
Schober i Woodhouse wyciągnęli z tego wniosek, że "mały penis
nie wyklucza odgrywania normalnej roli męskiej" i nie powinien
być argumentem za zmianą płci na żeńską. Stwierdzili także, że jeśli
rodzice "byli rzetelnie informowani o diagnozie i wskazaniach,
to wykazywali się postawą troski, ale nie lęku, i nie przenosili
swojego lęku na dzieci. Postępowali uczciwie i tłumaczyli dziecku
problem, zachęcając je do tego, aby zachowywało się normalnie. Naszym
zdaniem dzieci te zawdzięczają pewność siebie w kontaktach z rówieśnikami
tej właśnie postawie".
Schober i Woodhouse zgadzali się wreszcie z tym dogmatem teorii
psychologii społecznej, który zakłada, że "najsilniejszy wpływ
na każdego pacjenta wywiera postawa rodziców". Schober i Woodhouse
stwierdzili, że ponieważ z tych dzieci nie zrobiono dziewczynek
i nikt nie usiłował przekonywać rodziców i dzieci o ich "prawdziwej"
kobiecości "dobrze poinformowani i otwarci rodzice wychowali
bardziej pewnych siebie i lepiej przystosowanych do życia chłopców".
Należy przy tym zauważyć, że chłopcy ci nie podchodzili w typowy
sposób do swojego życia seksualnego: "Cechą charakterystyczną
grupy było eksperymentalne podejście do metod i pozycji seksualnych.
Grupa wydaje się nawiązywać bliskie i długotrwałe relacje partnerskie.
Jej członkowie wydają się przypisywać seksualną satysfakcję partnerek
i stabilność swoich związków temu, że w seksie muszą się bardziej
starać, stosując m.in. techniki niepenetracyjne".
Obojnacze genitalia to nie choroba. To jedynie rozbieżność z pewną
definicją normalności, która jest zresztą aktualnie wyjątkowo wygórowana.
Prawdą jest, że w momencie narodzin dziecka z "obojnaczymi"
genitaliami, lekarze muszą przeprowadzić dokładne badania, ponieważ
interseksualizm może sygnalizować poważny problem z metabolizmem,
mianowicie wrodzony przerost nadnerczy (WPN), którego efektem może
być maskulinizacja płodu o kariotypie żeńskim. Leczenie WPN może
ocalić życie i płodność dziecka. Jeśli zatem urodzi się dziecko
interseksualne, należy jak najszybciej wykluczyć lub zdiagnozować
i leczyć zespół nadnerczowo-płciowy. Jednak, jak mówią opracowania
medyczne "ze wszystkich sytuacji, które mogą być odpowiedzialne
za zaburzenia różnicowania narządów płciowych, wrodzony przerost
nadnerczy jest jedynym, który może powodować zagrożenie dla życia
noworodka", a zresztą nawet w tym przypadku "obojnacze"
genitalia same w sobie nie są zabójcze.
Lekarze znają obecnie nie tylko czysto medyczne konsekwencje WPN,
ale wiedzą także, że jądra u osób z AIS powodują dość duże ryzyko
nowotworowe, a więc zespół ten wymaga jak najwcześniejszej diagnozy,
aby gruczoły można było uważnie obserwować lub usunąć. Nie znaczy
to jednak wcale, że genitalia osoby niewrażliwej na androgeny są
chore. Chociaż ich nietypowy wygląd może sygnalizować faktyczne
lub potencjalne zagrożenie dla zdrowia, to same narządy tylko wyglądają
inaczej. Ponieważ jednak, jak widzieliśmy, interseksualny noworodek
jest postrzegany jako "problem społeczny", lekarze uzurpują
sobie prawo do traktowania nietypowych genitaliów jako problemu
medycznego wymagającego szybkiego skorygowania. Suzanne Kessler
podsumowała tę sytuację w ten sposób, że interseksualizm nie zagraża
życiu pacjenta, lecz zagraża jego rozwojowi w społeczeństwie.
Kondycja psychologiczna i problem okłamywania
W naszej często bezlitosnej kulturze interseksualizm może bez wątpienia
zagrażać psychice pacjenta; stwierdzenie to leży u podstaw całej
koncepcji leczenia. Wiąże się to z dwoma problemami. Po pierwsze,
lekarze zajmujący się interseksualizmem mogą przejmować się ścisłymi
definicjami "normalnej" budowy narządów płciowych o wiele
bardziej niż sami zainteresowani, ich rodzice i znajomi (w tym partnerzy
seksualni). Faktu tego dowodzą kolejne przykłady, chociażby przypadek
Johna/Joan.
John przypomina sobie, że w okresie, gdy chodził do przedszkola
i do szkoły podstawowej, wygląd genitaliów Joan interesował o wiele
bardziej lekarzy niż ją samą. Ilekroć odwiedzała Johns Hopkins Hospital,
jej genitalia były poddawane oględzinom. Uważała, że robią z igły
widły, a oni nie dawali jej żadnych powodów, aby myśleć inaczej.
John pamięta swoje przemyślenia: "Zostawcie mnie w spokoju,
a ja sobie dam radę
To bez sensu. Moje genitalia mi wcale nie przeszkadzają
i nie wiem, dlaczego wy się nimi tak przejmujecie".
Po drugie, co jest bardziej zasadnicze, nie jest wcale takie oczywiste,
że problem psychospołeczny powinien być leczony medycznie lub chirurgicznie.
Nikt nie usiłuje przecież rozwiązać problemu wielu ciemnoskórych
dzieci stykających się z rasizmem przez wybielenie ich skóry. Cheryl
Chase zadała następujące interesujące pytanie: Gdy rodzi się dziecko
ze zniekształconą, ale poza tym raczej sprawną ręką, czy nie powinniśmy
szybko odjąć mu tej ręki i wszczepić możliwie funkcjonalnej protezy,
aby ulżyć dziecku i rodzicom w przeżywaniu psychologicznej traumy?
Owszem, jest faktem, że genitalia mają większy ładunek psychiczny
niż ręce, ale równocześnie jest o wiele łatwiejsze i powszechniejsze
trzymanie ich w ukryciu, niezależnie od tego, w jakim są stanie.
Cytując idee Suzanne Kessler, pediatra-urolog Schober argumentuje
w swojej pracy, że "Wprawdzie dla rodziców i lekarzy wygodniejsza
jest chirurgia, ale równie wygodna i w dodatku nie nieodwracalna
jest pomoc psychologiczna". I dalej: "Diagnoza sytuacji
i wykonanie zabiegu chirurgicznego to za mało. Musimy także wiedzieć,
kiedy zabiegi należy wykonywać, a kiedy lepiej się od tego wstrzymać.
Naszą powinnością etyczną jako chirurgów jest, aby nie szkodzić
i jak najlepiej służyć interesowi pacjenta. Czasami wymaga to przyznania,
że idealne rozwiązanie jest nieosiągalne".
Paradoksalnie, typowy sposób postępowania z interseksualizmem zamiast
zwalczać poczucie odmienności może w rzeczywistości wywoływać je
u wielu interseksualistów lub sprzyjać jego powstawaniu. Wielu interseksualistów
widzi następujące fakty: (1) są poddawani, bez litości, "normalizującym"
zabiegom w trybie ratunkowym, bez pytania ich o zgodę, oraz (2)
często nie mówi im się całej prawdy o ich budowie i przeszłości
anatomicznej. Dochodzą zatem do zrozumiałego wniosku, że lekarze
uważają ich za wybryki natury i że faktycznie muszą być odmieńcami.
H. Martin Malin, profesor seksuologii klinicznej i terapeuta w Instytucie
Matki i Dziecka w kalifornijskim Sacramento, stwierdził, że w doświadczeniach
interseksualistów z lekarzami stale występuje jeden motyw:
Ilekroć słuchałem relacji interseksualistów, to w ich historiach
powtarzała się pewna rzecz. Oni sami lub ich rodzice nie mogli liczyć
na żadną, lub prawie żadną, pomoc psychologiczną. Myśleli, że są
jedynymi, którzy odczuwają to co oni. Wielu prosiło o możliwość
spotkania z innymi pacjentami, którzy znajdowaliby się w podobnej
sytuacji, ale byli ignorowani. Identyfikowali się z opublikowanymi
przypadkami, ale gdy chcieli poznać własną kartę choroby, wmawiano
im, że zaginęła
Pacjenci, z którymi się spotkałem, nie należeli do tych przypadków,
w których zabieg chirurgiczny został wykonany z uwagi na krytyczny
stan zdrowia. Diagnozowano u nich natomiast mikropenisa lub przerośniętą
łechtaczkę. Byli to pacjenci, którym mówiono - o ile w ogóle coś
im mówiono -, że poddano ich waginoplastyce lub klitorektomii w
celu uniknięcia poważnych konsekwencji psychologicznych. Jednak
mimo poddania ich tym zabiegom pacjenci ci przeżywali długotrwałe
cierpienia psychologiczne. Byli przekonani, że woleliby te "nienormalne"
genitalia, które im się należały, niż te okaleczone, które dostali.
Byli nastawieni wrogo, a czasami też mściwie wobec lekarzy, którzy
ich prowadzili, i tę złość przenosi także na mnie. Byli wściekli,
że ich okłamywano.
Biorąc pod uwagę brak długofalowych badań skutków leczenia nie
wiadomo, czy poczucie to podziela rzeczywiście większość interseksualistów,
ale nawet jeśli jest to znikoma część, to i tak musimy zadać sobie
pytanie, czy polityka okłamywania i ignorowania nie jest sprzeczna
z etyką.
Po co lekarz miałby kiedykolwiek odmawiać wydania kart choroby lub
akt personalnych interseksualnego pacjenta? Ponieważ uważałby, że
prawda jest tak straszna lub tak skomplikowana, że pacjent by sobie
z nią nie poradził. W komentarzu zamieszczonym w Hastings Center
Report z 1988 r. Brendan Minogue i Robert Tarszewski argumentowali
np. że uzasadniona byłaby odmowa wydania informacji szesnastoletniej
pacjentce z AIS i/lub jej rodzicom, gdyby lekarz uważał, że pacjentka
i/lub jej rodzina mogłaby nie poradzić sobie z faktem, że mimo że
jest kobietą, to posiada jądra i męski kariotyp (XY). Rozumowanie
takie wydaje się być typowe dla lekarzy zajmujących się interseksualizmem;
wielu jest wciąż zdania, że szczera rozmowa z interseksualistami
lub ich rodzinami zniweczyłaby "korzystne" efekty podjętych
wysiłków technicznych mających na celu rozwianie wszelkich wątpliwości.
Jednak pomimo tego, że sami interseksualiści i etycy wielokrotnie
głośno wyrażali sprzeciw wobec okłamywania, w 1995 r. pewien student
medycyny dostał nagrodę pieniężną Kanadyjskiego Stowarzyszenia Lekarzy
w dziedzinie etyki medycyny właśnie za artykuł, który usprawiedliwiał
okłamywanie pacjentek z AIS (także dorosłych) i dostarczanie im
mylnych faktów biologicznych dotyczących ich stanu. Laureat nagrody
argumentował, że "lekarze, którzy odmawiają wydania informacji
pacjentkom z AIS, właściwie nie kłamią, tylko nie mówią całej prawdy",
ponieważ selektywnie zachowują dla siebie pewne informacje o ciałach
swoich pacjentów.
W tym rozumowaniu nie uwzględniono jednak tego, że ukrywanie faktów
o czyimś stanie nie zawsze jest w stanie sprawić, aby pacjent i
jego rodzina o nim nie myśleli. Okazuje się, że brak szczerości
ze strony lekarza i rodziny tym bardziej sprzyja wykształcaniu się
poczuciu wstydu i wyobcowania. Pewna Brytyjka z AIS pisze, że "Mój
stan był sekretem pilnie strzeżonym przed wszystkimi poza zawodowymi
lekarzami (w tym rodziną), a wcale nie powinien być, ponieważ to
tylko wzmagało poczucie odmienności i potęgowało izolację".
Natomiast Martha Coventry, której w wieku sześciu lat usunięto "przerośniętą"
łechtaczkę, uważa że "jeśli kogoś jako dziecko okłamywano w
sprawach dotyczących jego własnego ciała, jeśli czyjeś życie jako
istoty płciowej było ignorowane do tego stopnia, że nie otrzymywał
nawet prawdziwej odpowiedzi na swoje pytania, to jego serce i dusza
nigdy nie wyjdzie z cienia".
Jeśli pacjentka jest błędnie informowana o swojej sytuacji biologicznej,
może zdecydować się na podejmowanie niepotrzebnego ryzyka. Sherri
Groveman, która ma AIS, jako młoda kobieta usłyszała od swojego
lekarza, że ma "wynaturzone" jajniki i trzeba je usunąć;
w rzeczywistości usunięto jej jądra. W wieku dwudziestu lat "samotnie
i z lękiem przekopywała się przez bibliotekę medyczną", aż
odkryła prawdę o swoim stanie. Wtedy "kawałki wreszcie złożyły
się w całość. Ale rozpadły się za to moje relacje z rodziną i lekarzami.
Trwały uraz spowodował nie fakt, że dowiedziałam się o chromosomach
i jądrach, lecz odkrycie, że mnie okłamywano. Przez następne 18
lat unikałam jakiegokolwiek kontaktu ze służbą zdrowia. Brak opieki
medycznej doprowadził u mnie do poważnej osteoporozy. Takie są efekty
kłamstw".
Jak stwierdza B. Diane Kemp - "pracownica opieki społecznej
z ponad 35-letnim doświadczeniem, która przez 63 lata nosiła w sobie
syndrom niewrażliwości na androgeny" - "dyskrecja jako
metoda postępowania z kłopotliwymi informacjami jest prymitywna,
poniżająca, a często nieskuteczna. Nawet jeśli tajemnica zostaje
dotrzymana, to samo jej istnienie wytwarza aurę niepokoju, która
jest wyczuwalna dla większości ludzi
Tajemnice okaleczyły moje
życie".
Pogląd, że okłamywanie lub mówienie niecałej prawdy ochroni dziecko,
rodzinę, a nawet dorosłą osobę interseksualną jest bez wątpienia
skrajnie paternalistyczny i naiwny; działania te, chociaż pewnie
przyświecają im dobre intencje, są sprzeczne z dominującymi tendencjami
w etyce medycyny, co dobrze widać, jeśli te same etyczne wskazówki
zastosuje się do innych, analogicznych sytuacji. W jakich innych
dziedzinach pacjentom nie podaje się medycznego określenia ich stanu
nawet, jeśli się o to pytają? A jeśli chodzi o pomysł, że lekarze
nie powinni pacjentom mówić tego, z czym ci by sobie prawdopodobnie
nie poradzili, to czy w ten sam sposób można usprawiedliwić lekarza,
który nie chce powiedzieć pacjentowi, że ma raka lub AIDS?
W swoim zamieszczonym w Hastings Center Report komentarzu Sherman
Elias i George Annas zwrócili uwagę, że jeśli lekarz zaczyna igrać
faktami o stanie pacjenta, to może się zdarzyć, że potem będzie
musiał skłamać lub przyznać się do wcześniejszego oszukiwania. "W
praktyce - jak piszą Elias i Annas - wiara, że pacjentka z AIS nie
dowie się kiedyś dokładnie, że ma syndrom feminizujących jąder,
jest zupełnie nierealna. Podtrzymywanie tej farsy będzie trudne
od samego początku". Ci sami badacze zauważyli także, że dopóki
pacjentka z AIS nie pozna określenia i szczegółów swojego stanu,
żadna jej zgoda nie będzie naprawdę "świadoma". Także
Groveman, jako adwokat, stwierdza, że "z prawnego punktu widzenia,
aby świadoma zgoda była ważna, pacjentka musi znać prawdę, zanim
lekarze usuną jej jądra i odtworzą pochwę".
Świadoma zgoda i akceptacja ryzyka
Operowanie ludzi bez ich świadomej - z prawnego i etycznego punktu
widzenia - zgody jest obecnie powszechną praktyką w przypadku interseksualistów.
Okazuje się, że bardzo rzadko przed wyrażeniem zgody przez osobę
interseksualną lub jej rodziców informuje się ich dokładnie o zastosowaniu
ściśle anatomicznego modelu psychospołecznego. Model ten powinno
się prawdopodobnie opisywać rodzicom jako właściwie dotychczas niesprawdzony,
gdyż teoria pozostaje niepodbudowana zakrojonymi na szeroką skalę,
długofalowymi badania skutków, a jej skuteczność jest wprost kwestionowana
przez przypadki takie jak Johna/Joan, jak również stale rosnącą
liczbę "anegdotycznych" relacji byłych pacjentów, którzy
- pozbawieni prawa wglądu w swoje akta i wypadłszy "poza zasięg
obserwacji" według określenia lekarzy - zwracają się do prasy
popularnej, aby ich protest został publicznie wysłuchany. Oczywiście,
prawdziwość długofalowych badań będzie pozostawała pod znakiem zapytania,
dopóki interseksualnym pacjentom nie będzie się konsekwentnie mówić
prawdy o ich stanie.
Jeśli przyjrzymy się tej sprawie bardziej szczegółowo, to okaże
się że wiele spośród specyficznych zabiegów chirurgii plastycznej,
którym poddawane są interseksualne dzieci i noworodki, to wciąż
operacje eksperymentalne, co powinno być zaznaczone w podpisywanych
zgodach. Zespół chirurgów z Centrum Medycyny Dziecięcej i George
Washington University Medical School ogłosił ostatnio np., że zmniejszenie
łechtaczki (wykonywane po to, aby nadać "właściwy" wygląd
dużej łechtaczce) preferowaną obecnie metodą daje wprawdzie "znakomity
efekt kosmetyczny", ale "późniejsze badania połączone
z oceną satysfakcji seksualnej, orgazmu i ogólnej kondycji psychologicznej
nie są dostępne
i nie wiadomo o tym nic pewnego". Procedura
ta faktycznie może powodować takie problemy jak stenoza, podwyższone
ryzyko infekcji, utrata czucia i uraz psychologiczny. Te elementy
ryzyka dotyczą zresztą każdej operacji narządów płciowych.
Długofalowych obserwacji brakuje nie tylko w przypadku operacji
łechtaczki; David Thomas, pediatra-urolog z kliniki i szpitala St.
James's University w angielskim Leeds, zwrócił ostatnio uwagę, że
ten sam problem dotyczy wcześniejszych zabiegów odtworzenia pochwy:
"Tak wiele tych pacjentek jest obecnie poza zasięgiem obserwacji.
Jeśli wykonujemy te zabiegi w niemowlęctwie i dzieciństwie, mamy
przecież obowiązek obserwowania tych dzieci, aby móc ocenić skutki
naszych działań". Stwarza to poważny problem etyczny: ryzykowne
operacje są wykonywane w ramach standardowej opieki zdrowotnej,
a ich skutki nie są potem przedmiotem odpowiednich obserwacji.
Zrozumiałe jest, że coraz liczniejsza grupa dorosłych interseksualnych
kobiet otwarcie zadaje pytanie, czy ktoś powinien mieć prawo do
tego, aby poważnie zagrozić powodzeniu ich życia seksualnego lub
zdrowiu psychicznemu bez ich osobistej zgody tylko dlatego, że ich
łechtaczka, penis lub pochwa nie mieści się w standardowych granicach
tolerancji. Nawet jeśli mielibyśmy statystyki wykazujące, że określone
procedury w większości przypadków skutkują, to i tak stoimy wobec
faktu, że czasami te procedury nie skutkują, i musielibyśmy zadać
sobie pytanie, czy powinno się podejmować ryzyko w imieniu innej
osoby.
Wyjście poza "Etykę zwalczania potworów"
W artykule z 1987 r. poświęconemu etycznym aspektom zabijania jednego
ze zrośniętych bliźniaków, aby ocalić życie drugiego, George Annas
zasugerował (odżegnując się od tego jednocześnie), że jedynym sposobem
na usprawiedliwienie takiej procedury byłoby przyjęcie "etyki
zwalczania potworów". Etyka ta zakładałaby, że zrośnięte bliźniaki
są tak ohydne i godne pożałowania, że jakakolwiek medyczna procedura
mająca na celu ich normalizację byłaby moralnie usprawiedliwiona.
Niestety przyjęte obecnie w USA zasady postępowania z interseksualizmem
zdają się być głęboko przesiąknięte etyką zwalczania potworów; etyczne
zasady, których zastosowanie w dowolnej innej sytuacji medycznej
byłoby oczywiste, są w przypadkach interseksualizmu ignorowane.
Pacjenci są okłamywani; wykonuje się na nich ryzykowne procedury
bez późniejszej obserwacji ich skutków; nie dba się o to, aby zgoda
była w pełni świadoma; igra się z ich zdrowiem i samodzielnością
z powodu niesprawdzonych (a nawet bezpodstawnych) obaw, że nietypowa
anatomia doprowadziłaby do nieszczęścia psychologicznego. Dlaczego?
Być może dlatego, że anatomia narządów płciowych jest traktowana
inaczej niż reszta ludzkiej anatomii, lub dlatego, że po prostu
zakładamy, że dowolna procedura "normalizacji" "nienormalnego"
dziecka jest miłosierdziem. Niezależnie od tego, skąd się to bierze,
należy na pewno szybko poświęcić więcej uwagi terapii interseksualizmu
i innych zaburzeń budowy anatomicznej o łagodnych skutkach metabolicznych.
Dysponujemy gotowymi materiałami pozwalającymi poznać okoliczności
praktyczne towarzyszące interseksualizmowi. Jest obecnie dostępnych
wiele autobiografii dorosłych osób interseksualnych, jak np. opis
przypadku Johna/Joan. Niezależnie od tego, czy zawarty w nich opis
długofalowych skutków uznamy za reprezentatywny, to powinniśmy sobie
zadać poważne pytanie o sensowność dominujących strategii leczenia.
Przyjęte zasady etyczne nakazują również, abyśmy przemyśleli te
relacje, wyobrażając sobie, jakiej terapii byśmy sobie życzyli,
gdybyśmy to my urodzili się jako osoby interseksualne . Z ciekawości
na co zdecydowałyby się dorosłe osoby, które nie doświadczyły na
własnej skórze interseksualizmu, Suzanne Kessler przepytała studentów,
jakie są ich odczucia w tym względzie. Kobietom zadano następujące
pytanie: "Przyjmijmy, że urodziłaś się z nietypowo dużą łechtaczką.
Zakładając, że lekarze zaleciliby jej chirurgiczne zmniejszenie,
to w jakich okolicznościach chciałabyś, żeby Twoi rodzice wyrazili
na to zgodę?" A odpowiedzi były następujące:
W przybliżeniu jedna czwarta kobiet nie chciałaby wcale, aby im
pomniejszano łechtaczkę, niezależnie od okoliczności. Około połowy
życzyłoby sobie pomniejszenia ponadwymiarowej łechtaczki tylko wtedy,
gdyby powodowała ona problemy zdrowotne. Wielkość jako taka nie
miała dla nich znaczenia. Pozostałe byłyby w stanie sobie wyobrazić,
że chciałyby pomniejszenia ponadwymiarowej łechtaczki, ale tylko
pod warunkiem, że operacja nie pozbawiłyby ich, nawet częściowo,
wrażliwości dającej przyjemność.
W tym samym badaniu "mężczyzn poproszono, aby wyobrazili sobie,
że urodzili się z tak małym penisem, że ich lekarze zasugerowali
zmniejszenie fallusa i zmianę płci dziecka na żeńską". W odpowiedzi
wszyscy mężczyźni poza jednym stwierdzili, że absolutnie nie życzyliby
sobie takiej operacji w żadnych okolicznościach. Inne zdanie miał
jeden mężczyzna, który odpowiedział, że gdyby jego penis miał 1
cm lub mniej i miałby być bezpłodny, to wolałby już, aby jego rodzice
dali lekarzom zgodę na operację i zrobili z niego dziewczynkę.
Chociaż Kessler ostrożnie zauważa, że pełna ocena tych danych wymagałaby
większej ilości danych, to zdaje się sugerować, że większość ludzi
postawiono wobec wyboru nie zdecydowałaby się na poddanie się operacji
narządów płciowych.
Jako historyk sądzę również, że powinniśmy przeanalizować historyczne
i kulturowe podłoże praktyk normalizacji narządów płciowych i uświadomić
sobie, że większość społeczeństwa USA raczej nie akceptuje stosowanych
w innych kulturach praktyk, które w sumie mają podobny charakter.
Mam tu oczywiście na myśli niedawną ustawę zakazującą lekarzom obrzezania
dziewczynek w wieku poniżej 18 lat, nawet gdyby zabieg ten miał
być wykonywany na ich życzenie lub za ich zgodą. Obrzezanie Afrykanek
wiąże się zazwyczaj z wycięciem łechtaczki, co powoduje całkowitą
lub częściową utratę wrażliwości łechtaczkowej. O ile orędownicy
tego tradycyjnego obrzezania kobiet upierali się, że praktyka ta
jest tradycją głęboko zakorzenioną w kulturze - podobnie jak obrzezanie
mężczyzn - to przeciwnicy utrzymywali, że jest to barbarzyństwo
i pogwałcenie praw człowieka. W październiku 1996 r. w Kongresie
przegłosowano ustawę, która stwierdza że: "Z wyjątkiem sytuacji
przewidzianych w podpunkcie (b), ktokolwiek świadomie obrzeza, wycina
lub zaszywa wargi sromowe mniejsze, wargi sromowe większe lub łechtaczkę
w części lub w całości drugiej osobie, która nie osiągnęła wieku
18 lat, podlega karze grzywny i karze więzienia do lat pięciu".
W podpunkcie "b" określono, że: "Operacja chirurgiczna
nie jest pogwałceniem tego paragrafu, jeśli operacja ta jest (1)
konieczna dla zdrowia osoby, która jest jej poddawana, i jest wykonywana
przez osobę uprawnioną do wykonywania zawodu lekarza w miejscu jej
przeprowadzania; lub (2) wykonywana na rodzącej lub kobiecie, która
właśnie urodziła dziecko, z przyczyn medycznych związanych z tym
porodem".
Chirurdzy zajmujący się interseksualizmem argumentowaliby zapewne,
że operacja wykonywana przez nich na narządach płciowych dziewcząt
(która bez wątpienia pociąga za sobą wycięcie części łechtaczki)
jest w rzeczy samej "konieczna dla zdrowia osoby, która jest
jej poddawana". O ile łatwo przyszło nam potępić afrykańską
praktykę okaleczania kobiecych genitaliów jako barbarzyński zwyczaj
gwałcący prawa człowieka, to powinniśmy też przyznać, że w kwestii
interseksualizmu amerykańska medycyna dba przede wszystkim o "normalność"
wyglądu narządów płciowych i ról seksualnych. Jeśli konieczne okazało
się podjęcie działań dla ochrony praw i dobra młodych Afrykanek,
to musimy teraz zmierzyć się z trudnymi pytaniami o prawa i dobro
interseksualnych dzieci urodzonych w Stanach Zjednoczonych.
W trakcie pisania tej pracy stopniowo rosło zainteresowanie opinii
publicznej i lekarzy problemem interseksualizmu i ogólnie przyjętymi
strategiami klinicznymi i coraz więcej lekarzy i etyków decydowało
się je otwarcie kwestionować. Diamond i Sigmundson byli na tyle
uprzejmi, że zaproponowali wstępnie nowe "wytyczne postępowania
z osobami o obojnaczych narządach płciowych".
W nowych wytycznych powinny zostać poważnie potraktowane dwa zadania.
Po pierwsze, zgodnie z powyższą argumentacją, osoby interseksualne
nie powinny podlegać innym standardom etycznym niż pozostali ludzie
tylko z tej racji, że są interseksualne. Po drugie doświadczenia
i porady dorosłych osób interseksualnych powinny być spisywane i
brane pod uwagę. Błędne jest twierdzenie, jakie słyszałam od kilku
lekarzy, że pretensje dorosłych osób interseksualnych są nieistotne,
ponieważ poddawano je "przestarzałym, niedoskonałym" zabiegom.
Lekarze zbyt często bronili się mylnym przekonaniem, że postęp technologiczny
w medycynie (np. lepsze techniki chirurgiczne) wyeliminuje etyczne
dylematy towarzyszące leczeniu interseksualistów. Winy lekarzy nie
ograniczają się do oszpecania i pozbawiania czucia w wyniku niedoskonałych
zabiegów.
|